START AKTUALNOŚCI O NAS KONTAKT KONKURSY  DOŁĄCZ DO NAS



Garść wspomnień sprzed lat

W 1983 roku, gdy stan wojenny został zawieszony, choć jeszcze nie zniesiony, ówczesne kierownictwo Państwa wprowadzało szereg nowych rozwiązań w systemie prawnym, często nawet o charakterze konstytucyjnym, a nieraz rozluźniających tylko uwierające gorsety. Może to wygląda na paradoks, ale to w warunkach stanu wojennego wprowadzono do konstytucji takie instytucje, jak Trybunał Konstytucyjny, Trybunał Stanu, a aktem niższego rzędu powołano też Radę do Spraw Pomocy dla Nieletnich. Na tej fali, z ramienia Stronnictwa Demokratycznego "wpłynąłem" do Ministerstwa Sprawiedliwości, którego Ministrem był wówczas prof. Sylwester Zawadzki. W ramach podziału czynności przydzielono mi nadzór m.in. nad Instytutem Ekspertyz Sądowych w Krakowie, Instytutem Badania Prawa Sądowego, Główną Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, no i oczywiście nad Departamentem Spraw Rodzinnych i Nieletnich. Nad tym ostatnim zapewne dlatego, że legitymowałem się jakimś tam dyplomem nauczyciela, zdobytym po ogólniaku na kursie nauczycielskim i dwuletnią pracą w szkole. A może i dlatego, że w Teatrze Ziemi Rybnickiej stworzyłem i prowadziłem przez prawie dziesięć lat, głośny wówczas, jedyny taki w całej Polsce teatr faktu "Sąd Młodych". Dyrektorem tego departamentu był doświadczony sędzia z Krakowa dr Władysław Patulski, a jego zastępcą świetny pedagog Teodor Iwaniuk. Pracowała w tym departamencie dobrze przygotowana kadra sędziowska otwarta na nowoczesne widzenie zadań sądownictwa rodzinnego. Wtedy dowiedziałem się o zamarłej instytucji - Stowarzyszeniu Sędziów Rodzinnych. Jako człowiek otwarty i już znany w środowisku sędziowskim z różnych, czasem niekonwencjonalnych wystąpień, m.in. na temat niezawisłości sędziów, czy niemoralnych dolnych progów kar w naszym prawie karnym, które tę niezawisłość ograniczają, zostałem w tym departamencie przyjęty bardzo życzliwie, z oczekiwaniem na coś nowego. Ale już w pierwszych dniach ministrowania doszło do swoistego zderzenia. Najpierw musiałem się uporać z własna sekretarką, która zgodnie z przyjętymi zwyczajami gorliwie chciała mnie chronić, i albo nie wpuszczała do mnie osób, które chciały się do mnie dostać, albo dopuszczała je po dokonaniu stosownej "selekcji". Złamanie tego przyzwyczajenia znaczyło ograniczenie swoistego imperium każdej sekretarki i nie było wcale takie łatwe, choć muszę tu przyznać, że moja sekretarka była niezwykle inteligentną i krytyczną kobietą. Wkrótce zorientowała się o co mi chodzi - drzwi do mojego gabinetu mają być otwarte dla każdego, szczególnie dla sędziów, bez względu na to kiedy i skąd przybywają. W drugim lub trzecim dniu mego urzędowania wchodzi dyrektor dr Władysław Patulski, jak zawsze lekko pochylony, grzeczny, z "należnym " dla przełożonego szacunkiem. Pod pachą teczka z dokumentami. Z krakowską elegancją i dokładnością przedstawia sytuacje w departamencie, w sądownictwie rodzinnym, w zakładach dla nieletnich. "Mamy tu jeszcze i taki problem, który chciałem panu ministrowi przedstawić do akceptacji. Przed stanem wojennym kierownictwo resortu zdecydowało wydać ze środków naszego departamentu pracę habilitacyjną pana sędziego Adama Strzembosza, który był na delegacji w Ministerstwie Sprawiedliwości. Pan sędzia Strzembosz po 13 grudnia 1981 r. został zwolniony z Ministerstwa. Kierownictwo resortu nie podtrzymuje tej deklaracji. Rozumiem, że my tej pracy nie wydajemy". Dlaczego? - zapytałem. "Bo już tu nie pracuje" - odpowiedział. Panie Dyrektorze, skoro obiecaliście to trzeba tę pracę wydać. A propos, jaki jest temat tej pracy? "Dotyczy nieletnich". Tym bardziej trzeba ją wydać - padła moja odpowiedź. Na twarzy Dyrektora Patulskiego zarysowało się przerażenie. "Panie Ministrze, KC nas pożre, że wydajemy pracę opozycjonisty na koszt resortu". Czy zastrzegliście, że warunkiem wydania tej pracy jest zatrudnienie Patulskiego w Ministerstwie? "Nie". To wydać! "Panie Ministrze, myśmy tu na Pana czekali, KC tego nie przepuści i nie będziemy Pana tu mieć. Niech Pan tego nie robi." Panie Dyrektorze, chciałbym abyśmy się dobrze rozumieli. Ja jestem Ślązakiem i wyznaję zasadę, że danego słowa należy dotrzymywać. A więc Panie Dyrektorze, wydać!


przed Sądem Rejonowem /b. Powiatowym/ w Rybniku, w którym zaczynałem......


Patulski przerażony opuścił gabinet, aby w kolejnych dwóch dniach ponowić prośbę o nieryzykowanie. Ponieważ podtrzymałem moje stanowisko, znów przybył do mnie, ale tym razem wyciągnął jakąś kartkę i poprosił o potwierdzenie mego stanowiska własnoręcznym podpisem. Bez wahania złożyłem podpis. Za kilka dni, przez wewnętrzny telefon, minister Zawadzki z właściwą dla siebie powolnością oznajmił: "Widzę, że nie daje Pan sobie rady". O co chodzi Panie Ministrze? - spytałem. "To my już nie mamy na co wydawać pieniędzy, tylko dla opozycjonisty zwolnionemu z ministerstwa?"

Doszło do wymiany zdań. Widać bał się ataku z KC. Używałem różnych argumentów, że praca dr. Adama Strzembosza może pomóc Sądownictwu Rodzinnemu pomagać w zwalczaniu patologii społecznej, co wówczas było bardzo modne. W końcu oświadczyłem, że w razie ataku może wszystko zwalić na mnie, i że on o niczym nie wiedział, a ja to wezmę na siebie jako ten nieuświadomiony politycznie ESDEK. Okazało się, że KC PZPR miało swą uwagę skupioną na ważniejszych politycznie sprawach. Wydaliśmy więc tę pracę habilitacyjną, przyspieszając nawet jej wydanie w Wydawnictwie Prawniczym, które również jakoś tam służbowo nadzorowałem. Wgłębiając się w pracę Departamentu Spraw Rodzinnych i Nieletnich zainteresowało mnie Stowarzyszenie Sędziów Rodzinnych, które praktycznie nie funkcjonowało. Po prostu przypadkowo się dowiedziałem, że kiedyś było, ale już zniknęło. Dzięki naczelnikowi, s. Mieczysławowi Koseckiemu, zacząłem dogrzebywać się do wiedzy o idei Stowarzyszenia i tę pozarządową instytucję ożywiać. A że tak to już jest, że podwładni chętnie wychodzą na przeciw pomysłom szefa, sprawa nabrała rozpędu i Stowarzyszenie stało się ważnym podmiotem, dzięki któremu można było inicjować, bądź wzmacniać wiele ciekawych idei w funkcjonowaniu sądownictwa rodzinnego. Wtedy też dowiedziałem się o wspaniałej pani sędzi dr Henryce Veillard Cybulskiej, wywodzącej się bodaj z Łodzi, wdowie po polskim żołnierzu września’39 , która służąc jako tłumacz będącemu w Polsce dr. Vejlardowi z Genewy, wyszła za niego za mąż i przeniosła się do Szwajcarii , gdzie wspólnie z mężem niezwykle owocnie działała na rzecz sądownictwa dla nieletnich. W międzyczasie ustaliłem, że Polska w 1938r. była współtwórcą Międzynarodowego Stowarzyszenia Sędziów dla Nieletnich w Brukseli, ale po drugiej wojnie światowej już do niego nie wróciła. Z przyczyn politycznych swego członkostwa nie odnowiła. Sprawa ta zaczęła mnie frapować, tym bardziej, że chciałem ożywić wymianę naszych sędziów rodzinnych z sądami innych państw w Europie Zachodniej, doprowadzić do regularnej wymiany i swoistej konfrontacji doświadczeń. Gdy ujawniłem swój pomysł powrotu Polski do Międzynarodowego Stowarzyszenia S. N., wszyscy patrzyli na mnie jak na człowieka, który nie wie w jakiej żyje rzeczywistości. Jako członek kierownictwa "bratniej" partii / SD / zachowywałem się dość swobodnie, a otoczenie określało to z niejakim lękiem o mnie. Znałem obyczaje panujące wówczas w tzw. elicie sprawującej władzę. Zacząłem pragmatycznie. Wystąpiłem do Ministra Spraw Zagranicznych z pytaniem, czy MSZ ma coś przeciwko temu, aby Polska powróciła do w/w Stowarzyszenia, którego w 1938r. była współzałożycielem. Uzasadniałem to możliwością korzystnej dla nas wymiany doświadczeń, pokazania naszych osiągnięć w dziedzinie sądownictwa rodzinnego, co akurat nie było przesadą. MSZ miało, a i chyba i dziś ma, aspiracje sterowania polityką zagraniczną, w nawet najdrobniejszych sprawach. Niedługo potem, otrzymałem odpowiedź, że MSZ nie widzi przeszkód, aby Polska przystąpiła do Międzynarodowego Stowarzyszenia Sędziów dla Nieletnich. Wiedziałem jednak, gdzie jest jeszcze ten decydujący ośrodek i pismo podobnej treści wystosowałem do Wydziału Administracyjnego, czy już przemianowanego na Wydział Społeczny, KCPZPR. W międzyczasie wiceminister Spraw Zagranicznych Ernest Kucza, ten sam, który podpisał się pod owym pismem MSZ, przeniesiony został na stanowisko Kierownika Wydziału Zagranicznego KC. Nowy Kierownik Wydziału Społecznego KC napisał, że po zaciągnięciu opinii Wydziału Zagranicznego KC nie widzi przeszkód, aby Polska przystąpiła do Międzynarodowego Stowarzyszenia Sędziów Nieletnich. W ten sposób wbrew opinii mego otoczenia mieliśmy drogę otwartą do powrotu tam, gdzie było nasze miejsce. Zaczął się drugi ważny etap ożywionych kontaktów międzynarodowych Stowarzyszenia Sędziów Sądów Rodzinnych w Polsce, które wspierało wyjazdy naszych sędziów do różnych Państw, jak i uczestnictwo w ważnych konferencjach międzynarodowych. Po prostu odbywało się to głównie na zasadzie wymiany. Nasi sędziowie wyjeżdżali ministerialnymi autokarami i po przekroczeniu granicy przejmowani byli przez gospodarzy na ich całkowity koszt. Odwrotnie myśmy przyjmowali sędziów z zagranicy i umieszczali w naszych ministerialnych dobrych ośrodkach wczasowo - szkoleniowych, np. w Kazimierzu Dolnym, Jastrzębiej Górze, na dolnym Śląsku. Duża część naszych sędziów, dzięki temu była po raz pierwszy na Zachodzie i zetknęła się z tamtejszym sądownictwem rodzinnym i nieletnich. Czasami osobiście równoważyłem, aby w tych wyjazdach studyjnych brali udział sędziowie z całej Polski. Pamiętam m.in. znakomitą Panią sędzię Latko-Przegędzę z Rybnika, operującą bodaj sześcioma językami, będącą absolwentką kilku wydziałów UJ - sędzia legenda.

W drugiej połowie lat 80-tych ubiegłego wieku brałem udział w międzynarodowej konferencji w Lozannie, poświęconej problemom walki z narkomanią i alkoholizmem w świecie. Wyjeżdżając ustaliłem miejsce zamieszkania pani dr Veillard Cybulskiej. Mieszkała tuż nad jeziorem Lemańskim, inaczej Jeziorem Genewskim, przy Avenue Dapples 15. Spotkanie w jej mieszkaniu zamieniło się w wielogodzinną wymianę poglądów, które zaowocowały dalszymi wydarzeniami oraz wyjazdowym posiedzeniem w naszym Ośrodku w Popowie Sekretariatu Międzynarodowego Stowarzyszenia Sędziów SN. To tam pani dr Cybulska zwróciła się do mnie informując, że jest pod wrażeniem tego co robimy, również dla innych krajów. Odbywaliśmy bowiem wtedy równocześnie konferencje z zaproszonymi przedstawicielami takich państw, jak: ZSRR, Rumunia, Czechosłowacja. Stanowiliśmy pomost między nimi a Zarządem. Dr Cybulska świadczyła, że pragnie stworzyć Fundację jej imienia na rzecz naszego Stowarzyszenia Sędziów Rodzinnych.

Zaoferowała gigantyczną, jak na owe dla nas czasy, kwotę 50 000 franków szwajcarskich. Niezbędne stało się szybkie przeprowadzenie pewnych czynności biurokratyczno-notarialnych. Pora urzędowania Państwowego Biura Notarialnego dobiegała końca, a powołanie fundacji wymagało formy aktu notarialnego. Moja funkcja wiceministra okazała się tu ratunkiem, bo Pani dr Henryka Veillard Cybulska była już na wylocie do Lozanny. Telefony poszły w ruch, no i udało się! 30 grudnia 1988 r. STATUT Fundacji VEILLARD CYBULSKICH nabrał swego formalnego bytu. Potem, w następnym roku pani Doktor dokonała w tym statucie szeregu zmian dotyczących składników majątkowych i dochodów Fundacji. Już nie pamiętam, ale chyba dla dobra sprawy zostałem Przewodniczącym fundacji, a jej wiceprzewodniczącym Zarządu został naczelnik w Ministerstwie, sędzia Mieczysław Kosecki, który z Panią Veillard Cybulską miał dobre relacje. Przypomnę, że Prezesem Stowarzyszenia był Gerard Bajger - prezes Sądu Wojewódzkiego w Bielsku Białej, który prowadząc Walne Zebranie w sali na V tym piętrze Ministerstwa Sprawiedliwości, bez zgody z mojej strony i wbrew mojej woli nadał mi tytuł Honorowego Prezesa, a nie jak to się podaje, członka Stowarzyszenia Sędziów Sądów Rodzinnych w Polsce. Po Gerardzie Bajgerze Prezesem została sędzia Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, której już dzisiaj nazwiska nie pomnę. Do połowy 1990 roku Stowarzyszenie odnotowywało wielkie sukcesy zarówno wewnątrz kraju, jak i poza granicami. Wspomnę tylko, że pod koniec lat 80-tych, w czasie mego urlopu, ówczesny Minister Sprawiedliwości Lech Domeracki telefonicznie powiadomił mnie, że zostałem zaproszony na Międzynarodowy Kongres Sędziów Sądów Rodzinnych / Nieletnich / do Rio de Janeiro w Brazylii.

Zdecydowałem, ku ogromnemu zdumieniu wszystkich, że pojedzie naczelnik sędzia Kosecki, bo on znał nie tylko język angielski, ale hiszpański i bodaj portugalski. Uznałem, że ma to znaczenie, mimo że miałem zagwarantowanego przez polską ambasadę specjalnego tłumacza. Były problemy z biletem, ale udało mi się to załatwić przez wiceministra komunikacji dr. Adama Wielądka, który bilet załatwił - do Brazylii via Moskwa. Uważam, że wówczas postąpiłem słusznie, acz ominęła mnie podróż życia. Sędzia Kosecki, który potem długo jeszcze nie mógł pojąć dlaczego ja nie poleciałem, i że jemu coś takiego się przytrafiło, sprawdził się i znakomicie nas reprezentował doprowadzając nasze Stowarzyszenie do Zarządu tej Międzynarodowej Organizacji. Z uwagi na ogrom zajęć oraz dlatego, że funkcję w Fundacji traktowałem jako chwilową konieczność, z Przewodniczącego Fundacji zrezygnowałem. Konto z całym wkładem nie zostało uszczuplone nawet o jednego franka. Po prostu fundacja znajdowała się jakby w uśpieniu. W 1989 r. oprócz stanowiska podsekretarza stanu w rządzie Tadeusza Mazowieckiego pełniłem również funkcję Dyrektora Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce Instytutu Pamięci Narodowej. Po przemianach ustrojowych w 1989 roku, szczególnie w 1990r., niektórym decydentom wydawało się, że to co było przedtem można nie tylko ignorować, ale wręcz likwidować. Ofiarą padało wiele cennych instytucji, jak np. Rada do Spraw Pomocy dla Nieletnich, która w skali kraju nie tylko koordynowała pomoc dla np. opuszczających zakłady dla nieletnich, ale wręcz wymuszała na organach administracji państwowej w terenie, skoordynowane działania. Uprawnienia przewodniczącego tej Rady, którym w latach 1983-1990 miałem zaszczyt być, były rozległe, bo obejmowały m.in. takie resorty, jak: MSW, Ministerstwo Pracy i Spraw Socjalnych, Zdrowia, nie licząc wojewodów. Jakieś dziwne tornado głupoty zaczęło grozić również naszemu Stowarzyszeniu. Doszło do tego, że odmawiano nawet adresu w Sądzie Wojewódzkim w Warszawie. Gdy odszedłem z Ministerstwa dramatyczny list wystosowała do mnie pani sędzia Przewodnicząca Stowarzyszenia Sędziów Rodzinnych w Polsce. Spowodowało to moją ostrą reakcję w formie wystąpienia do Ministra Sprawiedliwości, którym wtedy był Aleksander Bendkowski. Jego odpowiedź "na okrągło" do dziś zalega gdzieś moje domowe archiwum. Widmo zaprzestania działalności Stowarzyszenia Sędziów Sądów Rodzinnych w Polsce było bardzo bliskie. Wtedy spotkałem się z Panią sędzią Ewą Waszkiewicz, która już wcześniej zgłosiła się do reaktywowanego przeze mnie w Ministerstwie Sprawiedliwości koła Stronnictwa Demokratycznego. "Przymuszona " przeze mnie Pani sędzia Ewa Waszkiewicz była bez szans, i z czasem stała się Carycą naszego Stowarzyszenia. To za jej prezesowania Stowarzyszenie rozwinęło działalność i skupiło sporo sędziów rodzinnych z całej Polski. Uczestniczy w międzynarodowych konferencjach oraz organizuje w Polsce coroczne Kongresy Sędziów Sądów Rodzinnych z udziałem specjalistów z kraju i zagranicy. Stowarzyszenie zyskało sobie autorytet rangi międzynarodowej. Stanowi też ważny element integracji sędziów rodzinnych w Polsce, walczy o należne mu miejsce w strukturach organów polskiego wymiaru sprawiedliwości. Co wcale nie jest sprawą łatwą i oczywistą, szczególnie w zbiurokratyzowanym aparacie administracji, do której z trudem przebija się nowoczesne myślenie. Żyjemy w jakże odmiennych od tamtych czasach. Wymaga to poszukiwania nowych form funkcjonowania. Zachodzi więc konieczność wykraczania poza pewne schematy, prezentowania nowych inicjatyw, wspartych sędziowskim doświadczeniem, podbudowanym przez naukę. Jestem przekonany, że młodzi sędziowie pomogą tym pionierom i zdynamizują prace Stowarzyszenia. Jestem więc spokojny, bo o aktywności i sile tych młodych działaczy, że wymienię tylko panie Karolinę Sosińską i Dorotę Hildebrand-Mrowiec, niech świadczy impet, z jakim natarły na zramolałego sędziego, dzięki czemu ten nieopatrznie otworzył śluzy swej pamięci i odsłonił garść wspomnień swej zamierzchłej przygody z Temidą, której czasem starał się zerwać opaskę z oczu.

Na koniec pragnę dodać, że upływ blisko trzydziestu lat zatarł w pamięci niektóre tamte "moje boje". Nadal pozostał jednak ogromny sentyment do tej sui generis rodziny, jedynej takiej, która oparła się czasowi i uwodzi mnie pięknem swej idei i... młodości...

dr Józef Musioł
Przewodniczący Stowarzyszenia Sędziów Sądu Najwyższego
w st. spoczynku
Warszawa, luty 2014

HISTORIA
STATUT STOWARZYSZENIA
STATUT FUNDACJI
SPRAWOZDANIA
WŁADZE
KOŁA






©Stowarzyszenie Sędziów Rodzinnych w Polsce Polityka prywatności Val de Mar Systemy Komputerowe --> strony internetowe, reklama, hosting, programowanie, edukacja, internet